czwartek, 28 czerwca 2018

Rajd terenowy "Baba Jaga"

3 dni, 688km

          Pola, łąki, lasy, szutry. Rzeki i kanały, trawy i krzaki. Drogi i bezdroża. 250km brodzenia w terenie którego przejazd powinien nazywać się Rajdem na Przetrwanie. Z tego co wiem, niewielu przejechało całą trasę.



Miejscem bazowym była działka Piotrka oddalona o jakieś 30km od miejsca startu rajdu.

Plan zakładał wcześniejsze pójście spać bo rajd w sobotę startuje o 9. Obudzić się rano należy o tyle wcześniej by zdążyć się ogarnąć, zatankować, dojechać na miejsce i zapisać się na liście uczestników. "wcześniejsze" pójście spać w końcu stanęło o pierwszej w nocy.

Ale mimo to udało się dojechać na czas. ;) Chwila na rejestrację dla tych co chcieli i dzida w teren.

Trasę można było czytać przez aplikację w telefonie. Niektórzy jechali sami, inni w małych grupkach.

W trakcie były punkty kontrolne i odcinki specjalne na których kto chciał mógł się bardziej wykazać.

Z tych co dali radę się wykazać. ;)

Odcinek torfowy odpuściliśmy z Danielem. Gdy zapytałem na wjeździe "Ile czasu trwa przejazd?" usłyszałem: "Różnie. Pierwsi wjechali godzinę temu i do tej pory ich wyciągają". ;)

 
Było kilka fajnych górek i widoków. Jednak czasu na foty niewiele.

Innym z punktów specjalnych było rzucanie siekierą w pieniek.


I przejazd przez kanał.

W całym rajdzie brało udział dość sporo motocykli. Więc były odcinki gdzie pierwsi jechali po dziewiczej łące a ostatni mieli zryty wyjazd z rzeki. ;)




Tutaj na przykład był odcinek przejechania przez rzekę i wyjazd przez zapiaszczony brzeg w dalszej części po korzeniach. Jeśli ktoś to zrobił sam to zyskiwał dodatkowe punkty. Jeżeli musiał skorzystać z pomocy innych to punktów nie dostawał. ;)


Ogólnie to styraliśmy się jak dzikie świnie a wymagalność trasy pomnożona przez tempo była na granicy wytrzymałości zarówno mojej jak i ADV'ki. ;) Ale sama impreza świetna. Mimo to w ciągu 10 godzin udało nam się przejechać na oko 3/5 całej trasy.

W bazie czekał już na nas kocioł z przepysznym jadłem z ziemniakami i bigosem. Mimo że po rajdzie byłem zjechany jak koń szmaciarza to i tak siedzieliśmy przy ognisku jeszcze długo po północy. ;)

Dzień powrotu. 250km w jedną stronę. Pogoda sama nie wie czego chce. Raz silna ulewa a raz gorące słońce. Zatrzymuję się pod pałacem w Borkowicach. Przez wiele lat opuszczony, teraz podobno ktoś się nim zajął ale nie widać żadnych szczególnych efektów.

Wróciłem do domu ledwo żywy ale z niewymierną satysfakcją wykorzystania weekendu w 120%. Zmęczenie fizyczne było odwrotnie proporcjonalne do zmęczenia psychicznego. ;)

3 komentarze:

schuberth pisze...

Pięknie wygląda taki rajd. Zawsze chciałem na taki pojechać, tylko się zastanawiałem jakie akcesoria są potrzebne, jaki to będzie wydatek itd. Teraz się zastanawiam czy na taki rajd lepszą opcją będzie kask motocyklowy otwarty czy szczękowy? Jakieś rady?

Bartosz Bożek pisze...

Na taki rajd najlepszy będzie kask typu enduro.

motocyklowekaski pisze...

Jeśli chodzi o taki rajd to jest to fantastyczne przeżycie. Człowiek po nim czuje się zmęczony fizycznie, ale wypoczęty psychicznie. Polecam każdemu zdecydowanie, bo wspomnienia po nim pozostają na długie lata.